Miałem marzenie – rookie

eagles treningi 2011

Pierwsze treningi dla nowych zawsze są trudne i nie inaczej było ze mną. Przychodzisz jako obcy, nie znasz nikogo, nie bardzo orientujesz się co i jak, kto jest kim i czy w drużynie jest z tych „ważniejszych” czy może niekoniecznie, poznajesz niuanse, relacje panujące w klubie i mnóstwo innych mniej lub bardziej istotnych detali. Najlepszą metodą na przetrwanie pierwszych miesięcy jest nie wychylanie się. Pewna i sprawdzona strategia to obserwowanie, uczenie się i poznawanie zawodników, którzy są w drużynie znacznie dłużej.

W Eagles panowała dość specyficzna atmosfera, zdecydowanie nie do podrobienia i muszę przyznać, że dość trudna dla wszystkich rookie. Mix charakterów i osobowości, które spotkały się w WE i były podstawą drużyny, kazał każdemu nowemu rozsądnie myślącemu człowiekowi trzymać się w cieniu. W innym przypadku trafiał na listę „ulubieńców” i tym samym stawał się głównym obiektem docinek, żartów i wszelkiego rodzaju komentarzy. Dla nikogo nie było taryfy ulgowej soczysty komentarz pod swoim adresem otrzymać mógł każdy. Po mniej więcej 2 latach zorientowałem się, że jest to swego rodzaju drugi stopień tryoutów – tyle, że już nie związany ze sprawnością fizyczną, ale raczej z odpornością psychiczną i przeprowadzany bezpośrednio przez tych, których losy na boisku i nierzadko zdrowie być może będą uzależnione od postawy nowych.

treningi we

Ostatecznym testem i odpowiedzą na pytanie czy ktoś się nadaje, nie była wcale sprawność fizyczna ale to czy nowy był na tyle odporny i zostawał w drużynie czy rezygnował. Jeśli rezygnował w trakcie przygotowań, bo „koledzy nie byli mili”, to tym lepiej dla drużyny. Lepiej żeby zrezygnował teraz niż jakby miał „pęknąć” na meczu. Nie ma się co oszukiwać, futbol to nie jest gra dla grzecznych i potulnych chłopców, tutaj trzeba mieć charakter i być odpornym psychicznie. Sami wiecie jak często na boisku dochodzi do spięć. Jeśli wtedy wymiękniesz to już przegrałeś.

Drugi powód dla którego nowi nie byli przyjmowani „chlebem i solą”, była lojalność. Wiadomo jak jest w Warszawie – drużyn jest więcej niż dzielnic w mieście. Po jakimś czasie okazywało się, że człowiek, któremu zawodnicy poświęcali czas, pracowali z nimi, szkolili – odchodził do innej drużyny albo zakładał swoją. Dlatego też sposób przyjęcia nowych w Eagles wyglądał tak a nie inaczej. Na zaufanie trzeba było sobie zapracować zapieprzając na treningach i później na meczach. Tylko w ten sposób można było udowodnić, że jest się godnym reprezentowania WE. Za to jeśli już udowodniłeś, że nadajesz się do gry to wówczas kolokwialnie mówiąc włos z głowy nie mógł Ci spaść. Wtedy już byłeś „swój”, byłeś częścią drużyny, graczem którego starsi wspierają doświadczeniem, radami, wiedzą.

Jednak na coś takiego trzeba było sobie zasłużyć. Pierwszym krokiem były treningi, które z tygodnia na tydzień stawały się coraz cięższe i bardziej wymagające, ale jednocześnie zaczęły pojawiać się na nich, co prawda stopniowo i bardzo powoli, elementy futbolowe, tudzież ćwiczenia dedykowane poszczególnym pozycjom na boisku. A skoro tak się działo, to logiczne było również, że już za chwilę trzeba będzie zdecydować – gdzie chcę grać.

Na jednym z pierwszych treningów coach Dillon, zapowiedział, że w przyszłym tygodniu każdy będzie mógł wybrać pozycję na boisku dla siebie. Ja już mniej więcej wiedziałem gdzie chcę grać, ale przed ostateczną decyzją zrobiłem sobie jeszcze porządny research w necie. Tak przygotowany miałem dwie opcje – running back albo corner back. Po szybkiej i konkretnej konsultacji z coachem wybór padł na cornera. Z perspektywy czasu widzę, że był to najlepszy wybór jakiego mogłem dokonać. Mimo, że nigdy nie zostałem „starterem” i grałem przeważnie w meczach z tymi słabszymi przeciwnikami, albo drugie połowy, gdzie prowadziliśmy już 35:0, to jednocześnie swoją szansę żeby grać więcej znalazłem w… formacjach specjalnych, kickoff czy też punt-return, tam czułem się znakomicie. I było to widać na boisku.

trening warsaw eagles 2011

Jednak do grania było jeszcze bardzo daleko, kończył się dopiero listopad, sezon startował pod koniec marca więc koncentrowałem się na treningach. Od chwili podjęcia decyzji, że chcę grać jako corner, najwięcej czasu zacząłem spędzać trenując z defensive backs czyli Dominikiem Koniszem, Łukaszem Koniuszem, Tadkiem Tarachem, Szymonem Pobudkiewiczem i Szymonem Olejniczakiem. Po kilku tygodniach dołączył do nas jeszcze Mateusz Adamczewski. W takim składzie mieliśmy występować jako ostatnia linia obrony Eagles w sezonie 2011.

Jeśli spodobał Ci się tekst polub mój fanpage na facebooku i nie przegap kolejnego wpisu.

zdjęcia i film: Warsaw Eagles

Comments

comments

Komentarze są wyłączone.